Opublikowano:

Podobnie jak rok temu…

Podobnie jak rok temu urządziłem sobie krótką wyprawę rowerową (9 dni, 6.06-14.06) głównie po południowo-zachodniej Polsce. Miały być Karkonosze, miały być okolice Kłodzka i miał być Beskid Żywiecki. Wokół tego planu wytyczyłem sobie trasę, która później okazała się za krótka o co najmniej jeden dzień – spodziewałem się umierania po Karkonoszach i raczej już wcześniejszej kapitulacji gdzieś na wysokości Opola.

Tak jak ostatnio, jechałem stalowym gravelem Rondo, ale na slickach 35c, gdyż trasa była poprowadzona w większości asfaltem, a oponki były na tyle grube żeby nie szukać objazdu w wypadku szutrów, czy innego gruzu. Nie chciałem brać szosy przede wszystkim ze względu na zbyt twarde przełożenie, w gravelu siedzi blat o 40 i kaseta o 42 ząbkach, a szczerze mówiąc mogłoby być jeszcze lżej z blatem 38 i byłoby ok.

Celowo zacząłem jazdę w czerwcu, przed wakacjami, by mieć jak najdłuższy dzień, a przede wszystkim zdążyć przed wakacyjnym sezonom. Jak się później okazało jednak nie do końca zdążyłem.

Mapka z trasą w komentarzu. Galeria zdjęć.

Podsumowując liczby:
9 dni
~1700 km
~16000 m w górę
+138 #zaliczgmine

Cała wyprawa podobała mi się bardziej niż rok temu, na pewno było lepiej krajobrazowo, szczerze mówiąc żałowałem że muszę kończyć, jeszcze kilka dni pojechałbym z wielką chęcią. Mimo, że całość jechałem sam, sporo osób do mnie pisało w trakcie dnia, dopingowało, pytało więc było całkiem raźnie za co im niezmiernie dziękuję 🙂

Poniżej ściana tekstu z krótkim opisem poszczególnych dni.

Dzień 1 – 160 km, 457 m. Start przed 11:00 w Poznaniu, po wcześniejszej ponad pięciogodzinnej podróży dwoma pociągami. Poznań wita mnie skwarem i mocnym wiatrem, który wieje z boku lub w twarz przez cały dzień. Podjeżdżam na główny rynek i nieomal nie kończę przygody, gdy miła pani pojawia się znikąd na ścieżce, udaje się na szczęście wyhamować. Z ciekawszych atrakcji tego dnia to miasto Wolsztyn i Jezioro Wolsztyńskie, a kawałek dalej wieża widokowa Joanna. Wejść na nią nie jest łatwo i przyjemnie, szczególnie gdy człowiek nie jest już taki odważny jak był dzieckiem, a i nieźle się trzeba się zmachać. Wejść się jednak opłaca dla pięknych widoków. Kończę dzień w hostelu w Głogowie, akurat przed lekką burzą. Pierwotny plan zakładał koniec w Polkowicach, jednak nie chciałem igrać z pogodą. To był fajny dzień na rozgrzewkę przed kolejnymi dniami.

Dzień 2 – 218 km, 2482 m. W nocy chyba nieźle padało, ponieważ rower cały wilgotny, nie wspominając o ciuchach które mi średnio wyschły. Spałem jak zabity przy otwartych oknach i rzecz jasna nie słyszałem padającego deszczu. Od razu za Głogowem witają mnie górki, które nie ustępują przez kilka następnych dni, ale tak chciałem i tak jest. Przez cały dzień bruków co nie miara, w końcu lubuskie i dolnośląskie. Po drodze ładne miasta, ale to druga część trasy jest najlepsza. Im dalej, tym piękniejsze krajobrazy i górki bliżej na horyzoncie. Na dobry początek udaje się uchwycić ładne widoczki nad zbiornikiem wodnym w Niedowie. Następnie trasa biegnie w kierunku elektrowni w Bogatyni, która robi na mnie niesamowite wrażenie – całkiem odmienne niż ta w Bełchatowie. Przejeżdża się praktycznie przy samej elektrowni, ja akurat zjeżdżam po długiej prostej i żal mi jest hamować, stąd brak ani jednej fotki. Później wjeżdżam na krótko w Czechy, a tam klasyk – w sklepie trzeba było kupić Kofolę. Odwiedzam jeszcze zamek Frydlant, pan właśnie zamykał kasę, gdy zdołałem podjechać na górę, ale znając życie nie kupiłbym biletu na zwiedzanie, gdyż czasowo była szansa zaatakować Stóg Izerski. W końcu dojeżdżam do Świeradowa Zdroju, który wita mnie takimi procentami, że już nie chcę myśleć o ataku na Stóg Izerski. Niemniej jednak czasu troszkę zostało, więc głupio byłoby nie spróbować. Spośród trzech podjazdów wybieram średnio-trudny. Drogę Katorgę, o której naczytałem się przed RTP od razu odpuściłem ;). Po 200 km w nogach i tak nie jest łatwo, największa trudność to pierwsza część podjazdu, w zasadzie chcę dać sobie spokój po kilku minutach, ale uparłem się i udaje się przepchnąć, druga część jest już dużo łagodniejsza, więc w końcu docieram do „kamyku” na szczycie. Dodatkowo widoki na górze nie mogą być lepszym zakończeniem tego dnia. Pozostaje mi tylko zjechać po najdłuższej, dziurawej drodze, piłując ciągle hamulce, zrobić zakupy i pozostałe wyprawowe rytuały.

Dzień 3 – 147 km, 2625 m. Na początek podjazd do Zakrętu Śmierci, później zjazd do Szklarskiej Poręby i Podgórzyna, pit stop w sklepie i zdejmowanie kamizelki oraz rękawków przy ~14°C, bo przede mną Karkonoska. Początek jest „całkiem przyjemny”, grubo zaczyna się robić, gdy ruch zostaje zamknięty dla samochodów. Pojawia się charakterystyczny, wąski, dziurawy asfalt i chore nachylenie. Podjeżdżanie wężykiem niewiele daje, bo wąsko i garb na środku. Podjeżdżanie prosto to z kolei straszne przepychanie korbą. Nie wiadomo właściwie co robić. Zrobiłem więc 2-3 przerwy na przemyślenie swojego życia i czy przepychać dalej. Gdzieś w połowie katorgi czekają na nas trzy motywujące napisy na asfalcie, przy jednym trzeba koniecznie trzeba położyć rower i zrobić zdjęcie :D. Od tego momentu motywacja wróciła i przepycham już bez przerw na samą górę. Zlany potem muszę się szybciutko ubierać. Na szczycie widoki nie robią takiego wrażenia jak na Stogu Izerskim, jednak najlepsze to zjazd po czeskiej stronie. Uśmiech nie schodził z twarzy :). Widoki świetne, asfalty gładkie i w końcu wygląda słoneczko. To był chyba ten najlepszy dzień.

Dzień 4 – 213 km, 2984 m. Dzień objeżdżania pięknej i dziurawej Ziemi Kłodzkiej. Non-stop górki ze wszystkich stron, słonecznie przez cały dzień, bolały jednak kiepskie asfalty, w szczególności piłowanie hamulców na wszelkich zjazdach.

Dzień 5 – 150 km, 1303 m. Odwiedziny Kłodzka, następnie Zalew Topola, Zbiornik Kozielno, Jezioro Otmuchowskie i najlepsze Jezioro Nyskie. W ciągu dnia było kilka odcinków szutrowych i jeden łagodny, kilkukilometrowy zjazd po ostrych kamulcach. Gdzieś przed Głuchołazami zauważam brak sieci w telefonie, kto tam by się jednak przejmował, jednak gdy w Głuchołazach robię przerwę na obiad i szukanie noclegu, sieć nie miała chęci powrócić. Okazało się, że w regionie wysiadł Orange i T-Mobile. No nic, kończę jedzenie i jadę dalej około 20 km do Prudnika, by tam spróbować. Nic z tego. Jest już po 16:00, a ja nie mam gdzie spać… Dzwonię do rodziców z drugiej karty Plusa, by mi ją doładowali, włączyli internet i spróbowali zadzwonić na kilka noclegów, które miałem upatrzone. No i spróbowali, tyle że sygnału nawet nie usłyszeli. Samemu w Prudniku udaje mi się dodzwonić do schroniska młodzieżowego, gdzie jest stacjonarny numer i znajduje się też wolne miejsce na jedną noc.

Dzień 6 – 204 km, 1624 m. Pierwsza część dnia to malownicze opolskie pola i miasteczka, druga to początek śląska i powolny powrót do kolejnych górek :D. Następnie docieram do Cieszyna, tam obowiązkowo zdjęcie z piniondzem. Przed Cieszynem nad górami zaczyna się błyskać, jednak wedle radaru burza nie powinna mnie złapać. Tak też się dzieje, spada kilka kropel gdy jadę do Cieszyna, w Cieszynie słychać też grzmoty, ale niegroźne. Kończę dzień w Ustroniu, już tylko wrócić z zakupami na kwaterę, gdy okazuje się że nie mogę odblokować kłódki. Zaczynam rozkładać ręce, by iść kogoś poszukać z nożycami do blachy. Przychodzi mi jednak do głowy pomysł, by popróbować kombinacji +/- jedna cyfra i cyk – otwarte. Kłódka się przeprogramowała na jednej cyferce.

Dzień 7 – 215 km, 1742 m. Na dzień dobry podjazdy. Miałem jechać prosto przez Wisłę, ale @Mortal84 pisze mi, że mógłbym jeszcze zahaczyć o zaporę Wisła Czarne, więc nakładam około 10 km i pewnie 500 m podjazdu – o tym już nie wspomniał :D. Ale meterki lubię, widoczki są zacne, więc koniec narzekania. Później zjazd po dziurach, odwiedziny skoczni Wisła Malinka i długi podjazd na Salmopol, gdzie na górze widoki nie porywają przez zasłaniające drzewa. Niemniej jednak zjazd jest całkiem zacny i dość długi. W Szczyrku fotki kolejnych skoczni dzisiaj, a następnie zapora numer 2 w Tresnej, według mnie najładniejsza aczkolwiek ekspertem od zapor jestem żadnym. Po zaporze czeka mnie podjazd na Górę Żar, idealnie przy panującym żarze tego dnia. Przyjemnie nachylony, przyjemnie się wiec wjeżdżało, a na górze wita mnie chyba najlepszy widok podczas całej wyprawy. Po zjeździe już tylko płaskie do końca dnia, m.in. jazda po WTR, gdzie spotykam swojego bliźniaka @Mortal84. Kończę w Krakowie meldując się w hotelu @metaxy. To był chyba drugi najlepszy dzień.

Dzień 8 – 170 km, 1667 m. Dzień burz i dzień strasznej parówy. Z hotelu i Krakowa wyprowadza mnie @metaxy, który wcześniej poprawił mi trasę bym nie ominął obowiązkowych atrakcji. Z Krakowa wyjeżdża się bardzo sprawnie, szczególnie z przewodnikiem. Najpierw przejeżdżam przez Ojcowski Park Narodowy, następnie jadę jakoś wzdłuż rowerowego szlaku Orlich Gniazd odhaczając kolejne zamki, zaliczam też słynne drzewko i Pustynię Błędowską. Podczas przerwy na obiad nie udaje mi się znaleźć noclegu w Mstowie, więc muszę kończyć w Olsztynie i jak się później okazało na całe szczęście. Zdążyłem jakoś pół godzinki przed gradem, a wcześniej niegroźnie mnie tylko zmoczyło.

Dzień 9 – 204 km, 906 m. Na ten dzień już w zasadzie trasy nie miałem, poprosiłem o pomoc @radoslaw-szalkowski, czyli znawcę łódzkiego i dopierdzielił mi trasę, muszę mu przyznać. Nie nudziłem się w ogóle, co więcej osiągnąłem HR-max i byłem bliski zawału, gdy zobaczyłem takie coś. Nie było mowy by odpuścić przeprawę i zdobycie jednej gminy, gdybym się zawrócił zostałbym wykluczony ze wszelkich kręgów zdobywców gmin i nie miałbym z kim jeździć na rowerku. Kończę wyprawę w Koluszkach na stacji PKP.

#rower #podroze #podrozerowerowe #bikepacking #gravel